Cześć wszystkim :)
O Kallosie Latte chyba każda z Was słyszała. Zbiera masę pozytywnych not i wisi na wielu łiszlistach. Jakby nie patrzeć - to kosmetyk który trzeba mieć w swojej łazience.
Ale co za dużo to nie zdrowo.
Dostałam od przyjaciółki ( :*) w sierpniu prosto z Włoch litrowy baniak. Ucieszyłam się niesamowicie, bo szukałam jej i w Zamościu, ale aż tak mi się nie spieszyło.
Zapach urzeka, to chyba najprzyjemniejszy zapach (prócz garniera karite) jaki do tej pory wąchałam :)
Pierwsze użycia uważałam za ósmy cud świata - włosy pachniały, były miękkie, gładkie, przyjemne, po prostu tylko je kochać. Później zaczęłam jej używać do mycia długości - powiem Wam, że przy większej ilości wody świetnie się pieni - i tu dawała radę. Przestałam jej używać jako maskę, bo nie pozwoliłabym sobie na przedobrzenie.
Z czasem włosy robiły się coraz bardziej sianowate. Niedawno je wycieniowałam delikatnie, żeby uzyskać na końcach lepszy skręt, niestety tego skrętu nie ma. Jest puch, którego nie mogę ogarnąć, wyglądają tak :
![]() |
| specjalnie dla Was :) |
Postanowiłam znaleźć rozwiązanie na zużycie Kallosa, przecież pół litra nie będzie stało bezczynnie. No szkoda, po prostu.
Jest więc bazą pod wszystkie maski: drożdżową, cynamonowo-kawową, olejową, jajeczną itd, itp.
Oczywiście staram się jej używać naprawdę rzadko, włosy myję teraz Zdrojem, a skalp Pharmacerisem nadal. Ciężko wrócić do ich normalnego stanu.
Konsystencja nie należy do najprzyjemniejszych- jest lejąca, lekko zwarta. Za to maska jest baaaaardzo wydajna. Jeżeli komuś służy, to to jest plus.
_______________________________________
Jak Wam Kallos służy?
P.S. Idzie zima, czas na jakieś lekkie silikony!


